sierpnia 17

Autor: Andrew Austin

Musze tutaj napisać kolejną małą tyradę. Panoszy się wredny nawyk, który zaczyna mnie naprawdę irytować i gdy wydawałoby się już, że widziałem go po raz ostatni, nagle pojawia się znowu w nieuniknionym towarzystwie absolutnej ignorancji i głupoty.

Tak jest, znów przyszedł czas jechania po NLPowcach.

“Najlepszą rzeczą w przeszłości jest to, że już minęła” wydaje się być nową mantrą. To kolejny Bandleryzm, cytowany zupełnie poza pierwotnym kontekstem, który stał się jednym z Nowych Psalmów dla Praktyków NLP(TM). Widzę go nieustannie na stronach Facebooka różnych osób, zwykle w towarzystwie wielu “X lubi to” i wspierających komentarzy.

Zgadywałbym, że ci idioci którzy to piszą nigdy nie pracowali z prawdziwymi ludźmi jako klientami. Dla wielu osób z problemami emocjonalnymi lub psychologicznymi, przeszłość bynajmniej się nie skończyła i nawet sugerowanie tego może być dość obelżywe.

Oto kilka prostych przykładów:

  • Pewna klientka została zgwałcona. Jej mąż nie mógł sobie z tym poradzić, uznał ją za “uszkodzony towar” i zniknął. Jest teraz w depresji, bierze bardzo silne środki psychotropowe. A, ma też kiłę.
  • Inna klientka doświadczyła nieoczekiwanej śmierci swojego syna (miał wtedy 22 lata). Ta strata raczej nigdy nie “minie”.
  • Inna osoba, pracująca w popularnym sklepie w małym miasteczku, pracowała, aż do kilku dni przed porodem. W trakcie porodu były komplikacje i dziecko zmarło po kilku godzinach. Teraz, każdy kogo ona spotyka nie wie o tym fakcie i pyta ją o to jak ma się jej dziecko.

Mógłbym kontynuować, ale wiecie o co chodzi.

Kiedy miałem 19 lat i studiowałem pielęgniarstwo, przez krótki okres czasu byłem na oddziale psychiatrycznym. Jedna z kobiet, która miała 20-kilka lat, właśnie wróciła po dłuższej nieobecności związanej ze śmiercią męża w wypadku (zginął przechodząc przez ulicę). Był to dla tej kobiety trudny dzień, a stał się dużo trudniejszy gdy pewna, mające dobre intencje starsza pielęgniarka powiedziała, “Spójrz na drugą stronę medalu skarbie, jesteś przynajmniej na tyle młoda by znowu wyjść za mąż.” Była to niezręczna chwila, która na zawsze pozostanie w mej pamięci.

Dla tak wielu osób przeszłość się nie skończyła – wciąż odczuwają jej efekty, które będą na nich wpływały do końca ich życia i są też pewne problemy na które nie pomoże żadna terapia na tym świecie.  Co więcej, próba odcięcia osoby od przeszłości w celu usprawnienia jej codziennego życia w myśl idei “robimy NLP, ale to nie jest terapia” jest wysoce problematyczna i bardzo wątpliwa etycznie. Przypomina kult. Jest chora. Czemu równie dobrze nie pójść na całość i nie skłonić klienta do zmiany imienia na “Dziecię Gwiazd”, noszenia białych szat i odcięcia się całkowicie od rodziny.

O cholera, czy to nie jest właśnie tym, co tak wielu trenerów/asystentów NLP z długim stażem już sobie zrobiło? Tak mi się to zdecydowanie wydaje.

Może czas gromadzić Kool-Aid. (Przypis tłumacza – orenżada Kool-Aid z trucizną była napojem wykorzystanym do zbiorowego samobójstwa członków sekty w Jonestown).

Jest to niemal tak głupie jak pycha z którą niektórzy NLPerzy-ale-nie-terapeuci wykorzystują dysocjację z traumatycznymi wydarzeniami w próżnej nadziei na to, że wszystko będzie ok. Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto to powtórzyć: cierpienie i ludzkie doświadczenie jest dużo głębsze niż tylko jakość wyobrażeń, które ktoś tworzy w swojej głowie. Nie jest to zbyt trudną ideą, a jednak tak wiele osób wystawionych na działanie szkoleń NLP wydaje się mieć z tym kłopoty.

Tutaj kończy się moja tyrada. W pełni oczekuję, że dostanę znowu komentarze w stylu “Znów atakuje NLP” (nie atakuję i nigdy nie “atakowałem NLP” – ale moja frustracja w związku z wieloma praktykami NLP których spotkałem jest chyba dla wszystkich oczywista), po czym minie nieco czau i te same osoby będą pisały na ten temat na jakichś popularnych forach NLP jakby to był ich własny pomysł.

lipca 26

Autor: Andrew Austin

Zauważyłem coś niedawno. Jakiś czas temu utknąłem w towarzystwie “przyjaciółki”, któay jest, jak dla mnie, strasznie męcząca. Jej zachowanie odbieram jako kontrolujące i wewnętrznie sprzeczne, a jej niekończące się negatywne pytania retoryczne wydają się wymagać nieustannego potwierdzania. Lojalność wobec rodziny i uprzejmość wymagały, żebym ją ugościł.

“Doprowadza mnie do szaleństwa”, powiedziałem w końcu do innego przyjaciela, który również długo cierpiał w wyniku towarzystwa tej kobiety.

A potem przyszła mi do głowy pewna myśl. Co jeśli by jej się udało i faktycznie doprowadziłaby mnie do szaleństwa? Co jeśli mieszkałbym z nią i nie mógł jej unikać, gdyby była mojąmatką, szefem, menadżerem lub córką? Co jeśli te tłamszone reakcje emocjonalne, jakie wywoływała ta kobieta wycieńczyłyby mnie i w rozpaczy odwiedziłbym mojego lekarza i zgłosił swój gniew, bezsennośc, wahania nastroju, frustracje i rozpacz?
Mógłbym wejść do gabinetu lekarskiego mając trudnego “przyjaciela”, menadżera lub sąsiada, a wyjść z klinicznym zaburzeniem i receptą na chemiczny balsam dla mózgu. Jestem pewien, że taka sytuacja zaszła więcej niżraz w historii medycyny psychiatrycznej, w której pacjent otrzymuje leki żeby lepiej sobie radzić z nieznośnym krewnym.

Co w takim razie z klinicystą lub terapeutą pracującym w obszarze psychiatrii? Świat zawodowy może być męczący nawet w najlepszych swoich odsłonach, a świat pracy w psychiatrii zdecydowanie niesie ze sobą wiele frustracji, dużych i małych, które mogą się zbierać z czasem. Czy możliwe jest, żeby takie sytuacje faktycznie doprowadzały ludzi do szaleństwa?

Lata temu, podczas pracy na pewnym oddziale klinicznym który słynął z tego, jak duży stres wywołuje u osó tam pracujących,  zrobiłem krótką ankietę, żeby sprawdzić jak wiele osób z pośród obecnego na tej zmianie personelu przyjmowało leki przeciw-depresyjne. Byłem w szoku odkrywając, że byłem jedyną osobą która nie przyjmowała takich substancji, a wierzcie mi, wiele razy nad tym myślałem. Członkowie personelu żartobliwie sugerowało, że “Nie musisz być szalony, żeby tu pracować, ale to zdecydowanie pomaga.” Zadałem to samo pytanie wszystkim osobom z kolejnej zmiany i wzorzec się powtórzył. Wszyscy przyjmowali leki.
Zacząłem zadawać więcej pytań i znowu pojawił się znajomy wzorzec – bez leków ludzie czuli, że byli “podatni na depresję” albo “podatni na poważny stres”, itd. Krótko mówiąc, większość osób uważało, że ma problem medyczny. Może niektórzy faktycznie mieli, ale jakoś wątpię, żeby tylko depresanci byli zatrudniani na tym oddziale.
Pozostawanie zdrowym psychicznie w szalonych środowiskach zdecydowanie nie jest łatwe, a z samej definicji oddział psychiatryczny musi być uznany za szalone środowisko. W epoce poprawności politycznej słyszałem od zdecydowanie zbyt wielu osób należących do personelu psychiatrycznego cyniczne pytanie “No, a co w ogóle jest normalne?” sugerując, że wszelkie szaleńśtwo jest relatywne i nikt nie powinien stawiać siebie w pozycji w któej oceniałby innych.

Choć pomysł ten może być odważny, z doświadczenia mogę powiedzieć, że zwykle jest nieskuteczny. Zauważyłem, że gdy doszło do tego, by ktoś wyrażał taki ideał, ich osobiste granice i standardy tego co jest “normalne” zaczęły być mocno zaburzone.
“Nie oceniajcie, aby i was nie oceniano” to mądre słowa, które kiedyś przeczytałem, ale zdrowiu psychicznemu człowieka pomaga jednak, gdy ma on sposób mierzenia odchyleń od tego, co uznaje za “normalne”. Choć czasami trudno może byćzmierzyć gdzie problem faktycznie leży – “czy chodzi o mnie, czy o to miejsce?” – posiadanie silnego poczucia siebie i zdolnosci mierzenia tego “co jest normalne dla mnie” może zdecydowanie pomóć utrzymać sprawy w odpowiedniej perspektywie.

lipca 25

Autor: Andrew Austin

Zauważyłem, że hipnoterapeuci zwykle przejmują się bardzo epilepsją i często na forach dyskusyjnych pojawia się pytanie w stylu “Przychodzi do mnie klient z problemem X, który cierpi też na epilepsję, czy jest bezpiecznie z nim pracować?”

Nie jest to nierozsądne pytanie.

Widziałem dość dużo przypadków epilepsji gdy pracowałem jako pielęgniarz – zarówno na oddziale wypadkowym, jak i na Neurologii/Neurochirurgi. W oddziałach neuro, napady epileptyczne są czymś,  z czym personel uczy się sobie bardzo dobrze radzić, od tzw. pseudo-napadów aż do pełnych napadów typu “grand mal”. Wkrótce napisze na ten temat więcej. Najpierw jednak chcę się troche przyjrzeć temu, czemu hipnoterapeuci są przewrażliwieni na epilepsję. Bądź co bądź,  żadko spotykam się z obawami na temat hipnozy i cukrzycy, a realistycznie rzecz biorąc cukrzyca u pacjenta ma dużo większe szanse na spowodowanie problemów niż problem z atakami padaczkowymi.

Kluczem są tutaj kulturowo-uwarunkowane obawy. W Wielkiej Brytanii, choć w dzisiejszych dniach ulega to pewnemu ograniczeniu, powszechnym lękiem wobec dzieci jest zapalenie wyrostka robaczkowego – obawa ta wraca ilekroć dziecko ma ból brzucha. Tak naprawdę to schorzenie jest dość rzadkie, ale mimo tego pamiętam jak byłem uporczywie przestrzegany przed groźbami zapalenia wyrostka podczas zajęć w gimnazjum oraz niekończący się strumień zmartwionych rodziców, prowadzących swoje dzieci na oddział wypadkowy, powtarzających nieśmiertelne słowa “Wydaje mi się, że ma podejrzenie zapalenia wyrostka, panie doktorze!”

Tymczasem jednak, ludzie tutaj w Wielkiej Brytanii rzadko cierpią na “hipoglikemię”. A przynajmniej jak na razie, choć jest to trend wzrastający. Nie cierpimy również na systemowe zakażenia drożdżami/candida, jak ludzie w USA. Rok temu powiedziano mi, że tego typu infekcje osiągnęły tam proporcje iście epidemiczne, choć szczerze mówiąc mocno w to wątpię.
Wiktoriańska Anglia była dość przeczulona na punkcie swoich jelit i stan narodu zależał w dużej mierze od jego zbiorczych ruchów i wydalań.  Chińczycy przejmują się Chi, a w pewnych rejonach Afryki i Azji, funkcjonalność penisa i zdrowie penisa mają bardzo wysokie znaczenie kulturowe, w efekcie czego co jakiś czas zachodzą nieuniknione masowe “paniki penisowe”.

Jako  subkultura, hipnoterapeuci martwią się o epilepsję. Nie wiem czemu, po prostu to robią. Sądzę, że wciąż jest pewien lęk przed tym schorzeniem, który mieści się w naszym środowisku kulturowym. W końcu jeszcze nie tak dawno temu ludzie z padaczką byli oddzielani od normalnych ludzi, jako że wszyscy byli potencjalnymi szaleńcami, którzy mogli zaatakować ludzi wokół siebie i korumpować ludność. Tą rolę społeczną wkrótce przejął “narkoman”, ale to nie powstrzymało kierowania ludzi z epilepsją do szkół specjalnych i szpitali psychiatrycznych, żeby zapewnić nam wszystkim ochronę przed ich dziwactwem.

Te uprzedzenia są dużo mniejsze w dzisiejszych czasach, ale zmiana kulturowych przekonań i świadomości wymagają długiego czasu.

Więc, jak dla mnie, pytanie brzmi  “czy hipnoza wywołuje ataki padaczkowe?” Odpowiedź brzmi tak. I nie. Niektóre osoby będą miały konwulsje tylko w pewnych stanach, w takich jak podniecenie, lub sen, inni mają ataki niezależnie od swojego “stanu”.

Ale czy hipnoza wywołuje epilepsję? No cóż, nie, ale może być bodźcem wywołującym atak.  Jest to mało prawdopodobne, ale możliwe. Meteoryt może spaść Ci przez sufit na głowę i zabić Cię na miejscu.  Możliwe, ale mało prawdopodobne.
Prawdziwe pytanie nie brzmi tak naprawdę “Czy moja praca z tym klientem wywoła u niego napad epileptyczny?” (jeśli naprawdę sądzisz, że wywołasz atak u swojego klienta… noo… może mógłbym Ci zaproponować, żebyś poważnie przemyślał co robisz!), brzmi raczej, “jeśli klient będzie miał atak epileptyczny, jak ja zareaguje?” Wszystko sprowadza się do typowej oceny ryzyka i protokołów zachowań. Dla przykładu, przyjmij dostatecznie wielu klientów, a w końcu zajdzie przynajmniej jedna z poniższych rzeczy: nagłą śmierć, atak serca, mdlejący cukrzyk, atak astmy (najprawdopodobniejszy scenariusz, moim zdaniem), szaleńcza reakcja i samookaleczenie, i tak dalej.

Myślę, że błędem jest myśleć tylko w kategoriach “A co, jeśli będą mieli atak?”, zamiast “Jeśli zdarzy się sytuacja wymagająca pomocy medycznej, jak zareaguję?” Odpowiedź brzmi po prosti “Odpowiednio do sytuacji!” A jeśli terapeuta nie wie jak, cóż, mogą się tego dowiedzieć.

lipca 20

Autor: Andrew Austin

Jestem pewien, że wzrastające w lecie temperatury wywołują zmianę w chemii mózgu. W ciągu minionego tygodnia odmówiłem sesji większej grupie klientów niż przez cały miniony rok.  Ludzie są często zaskoczeni, kiedy odmawiam sesji potencjalnemu klientowi – to tak jakby oczekiwali, że mają prawo do sesji niezależnie od wszystkiego, a ja nie mam prawa wyboru. Doświadczałem czegoś podobnego lata temu, kiedy pracowałem na oddziale nagłych wypadków – aroganccy pacjenci wchodzili, obrażali lub grozili personelowi i wciąż oczekiwali szybkiej i uprzejmej obsługi. Niestety, jako pracownicy NFZ nie mieliśmy wtedy prawa odmówić pracy z takimi pacjentami. Niestety.

Dzisiaj sprawy mają się inaczej i jako samozatrudniony terapeuta mogę zdecydować, że nie chcę się spotykać z klientem, jeśli tak zdecyduje. “Ale ja mam prawa!” wrzasnęła na mnie jedna dość agresywna pani na początku tego tygodnia. “Ja również,” odpowiedziałem jej.

Inna osoba zadzwoniła do mnie wczoraj żeby poskarżyć się na innego terapeuta. Nie znałem ani nigdy nie słyszałem o terapeucie, na którego narzekała, ale dla dzwoniącej nie miało to znaczenia. “Chcę wiedzieć co zamierza pan z tym zrobić?!” zażądała. “Całkowicie to zignorować,” powiedziałem jej tuż przed tym, jak odłożyłem słuchawkę.

Ciepła pogoda tworzy także inne zjawisko “anulowania w ostatniej chwili”. To rzadko zdarza się w zimie, ale w okresie cieplejszej pogody zwiększa się to zdecydowanie.  Są ku temu dwa główne powody – po pierwsze, często między umówieniem sesji a udaniem się na nią, klient nieco się rozchmurzył po zaznaniu odrobiny słoneczka. Nie ma w tym nic złego. Drugą przyczyną jest to, że “wydaje się to być za miły dzień na terapię, więc jadę zamiast tego na plażę, czy możemy przesunąć spotkanie?”

“Nie, nie możemy,” tak dokładnie odpowiedziałem tej osobie, która zadzwoniła zaledwie 10 minut przed swoją umówioną sesją. “Cóż, to nie jest zbyt troskliwe podejście,” powiedziała mi. “Masz rację,” odpowiedziałem jej, życząc jej miłego dnia na plaży.

czerwca 9

Autor: Nick Kemp

Dzisiaj porządkowałem i pozbywałem się zbędnych materiałów szkoleniowych, w tym ogromnej ilości materiałów z NLP i Hipnozy, które nagromadziłem przez lata.  Mogłem dzięki temu dokonać krytycznego przeglądu wielu produktów i skryptów, które zwróciły moją uwagę dziesięć lat temu, włączając w to skrypty Society of NLP na wszelakie szkolenia, włączając Praktyka NLP i Mastera NLP, 5-dniowe szkolenie z hipnozy Bandlera i McKenny, Perswazję La Valle’a, Szkolenie Trenerskie SNLP oraz wiele innych. Wiele z nich jest podpisanych przez trenerów i przedstawiają epokę, kiedy NLP było bardzo popularne w Wielkiej Brytanii i niektóre z tych szkoleń przyciągały wręcz setki uczestników.  Moim zdaniem jedną z przyczyn, dla których NLP było takie popularne był fakt, że Paul McKenna promował szkolenia w Londynie i wielu uczestników przychodziło, żeby zobaczyć Paula, który był oczywiście bardzo popularny jako gwiazda TV. Na szkoleniach w Londynie również miał wielkie uznanie u publiczności i zabawne było gdy wielu uczestników pytało “kim jest ten stary gość?” nie zdając sobie sprawy, że mówili o jednym ze współtwórców NLP! Uważam, że od końca lat 1990-tych do około 2004 te szkolenia były bardzo przyjemne i miały dobrą wartość.

Każdy uczestnik szkolenia dostawał podręcznik, kiedy rejestrowali się na początku warsztatu. Rejestracja zajmowała nieco czasu i często była prowadzona przez asystentów – ochotników. Byłem zaskoczony odkrywając,  że niemal każdy zaangażowany w organizacje tych szkoleń był ochotnikiem nie otrzymującym za to ani grosza, pomijając faktycznych trenerów, “głównego asystenta” i kilkoro pełnoetatowych osób z personelu biurowego.  Niektóre szkolenia miały nawet pięćdziesięciu ochotniczych asystentów, którzy uczestniczyli we wcześniejszych warsztatach. Z biegiem lat treść skryptów pozostawała niemalże niezmieniona niezależnie od faktycznego szkolenia, za wyjątkiem może “Praktyka DHE” oraz “Persuasion Engineering”. Nigdy nie mogłem zrozumieć, czemu skrypty były czarno-białe, kiedy NLP tak bardzo podkreślało znaczenie koloru. Rozumiem, że koszt był tutaj istotnym elementem i w latach 90-tych Praktyki NLP kosztowały 399 funtów plus VAT, więc jakikolwiek podręcznik byłby w porządku. Jednak w ciągu kilku lat ceny poleciały w górę i rozumiem, że dziś ta sama treść będzie sprzedawana za kilka tysięcy funtów,  a kolorowych skryptów jak nie było, tak nie ma!

Ponad 50% każdego skryptu stanowiło zestaw ćwiczeń dla praktyków do wykorzystania poza samym szkoleniem. Wiele z tych ćwiczeń było przydatnych, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że dodanie większej ilości informacji mogłoby bardziej wspomóc proces nauki. Kiedy prowadziłem certyfikowane szkolenia NLP od 2004 do 2009, zadbałem o to, żeby wszystkie skrypty były kolorowe i zawierały dodatkowe informacje, jako że “oficjalne skryptyi” były moim zdaniem ok, ale nie wspaniałe. Częścią problemu był fakt, że graficznie wyglądały jak coś z lat 70-tych! Ktokolwiek projektował te skrypty, jak również oficjalne postery NLP miał, moim zdaniem, niewielkie wyczucie w projektowaniu grafiki, a zdecydowanie za często strony skryptu były kopiowane na ksero z dużym niedoborem tuszu, co prowadziło do wielu wyblakłych stron! Później dowiedziałem się, że wielu trenerów NLP nawet nie chciało się używać “oficjalnego skryptu”, dawali po prostu uczestnikom nieakredytowaną książkę z typu “Wstęp do NLP”. Wielu uczestników komentowało, że podręcznik Praktyka NLP był tak naprawdę w 95% identyczny z podręcznikiem Mastera NLP, różniąc się jedynie okładką.

W epoce ipada i zanikającego rynku NLP, ciekawi mnie które firmy szkoleniowe NLP podejmą tą oraz inne nowe technologie aby stworzyć materiały szkoleniowe które są przełomowe, zamiast powtarzać dotychczasowe formaty skryptu, które są “ok”, ale trudno je określić jako przejawy doskonałości. Zgaduje, że przynajmniej jedna firma NLP schwyci okazję żeby to dokonać i skupi się bardziej na jakości nauki niż po prostu na dążeniu do zysku po najmniejszej linii oporu i zapełnianiu sal szkoleniowych za wszelką cenę.

czerwca 1

Autor: Nick Kemp

Skonfuduj klienta.

“Konfuzja jest wycieraczką u drzwi kreatywności.”
Miachael . J. Gelb.

Wielu klientów cierpi na powtarzające się ‘utknięte stany zachowań’ do tego stopnia, że są ‘pewni’, że to będzie powtarzało się jako jedyny dostępny wybór formy zachowania.

Technika konfuzji, pozwala klientowi zmieniać generalizacje odnośnie swoich zachowań i działań. Istnieje wiele metod na osiągnięcie tego, zarówno mylenie, niedosłyszenie klienta, sugerowanie szalonych rozwiązań „problemu” ( tak jak w terapii prowokatywnej). Po wyindukowaniu użytecznego stanu konfuzji, zmieszania, praktyk PCW może przeprowadzić klienta przez serię innych stanów, uniemożliwiając dostęp do poprzedniego przekonania.

Tworzenie dwuwartościowych wyborów.

To podejście pozwala klientowi na tylko dwa wybory prezentowane w przerysowany, spolaryzowany sposób. Używam tej techniki podczas „Sesji fobii Matta” w zestawie DVD „Provocative Change Works”.

Podczas sesji nalegam, by zgodził się na jedną z dwu możliwości i odmawiam zauważania jakiegokolwiek feedbacku zawierającego takie zwroty jak „być może” „możliwe” i innych ogólnych sformułowań.

To podejście jest często używane do stworzenia stanów konfuzji u klienta, w celu zmiany starych wzorców zachowań, gdy praktyk przełącza się pomiędzy ogłaszaniem korzyści z obu przeciwstawnych opcji.

maja 28

Czym jest Provocative Changeworks?

Provocative Changeworks (Prowokatywna praca nad zmianą) jest procesem, który używam do prowokowania użytecznych zmian w klientach. Pozwala klientowi przekształcić niekorzystny stan w którym tkwi, w efektywniejszy stan osobistej wolności.

Ten proces działa konwersacyjnie, oraz dzięki relaksacji, używa humoru i wskazuje wiele absurdalności i sprzeczności w stereotypowym społecznym poglądzie na życie.

Provocative Changeworks zdecydowanie bardziej niż na przeszłych wydarzeniach skupia się na „tu i teraz” w relacji z jednostką. Robi to w pełen absurdu i humoru sposób, by wywołać szybkie zmiany w kliencie. Podstawowo Provocative Changeworks pokazuje zdolność klientów do demonstrowania natychmiastowej zmiany. Dzieje się to dzięki zmianie sposobu w jaki przykuwamy uwagę, oraz tego na co zwracamy uwagę w danej chwili.

Nick Kemp

Twórca Provocative Changeworks

Czym różni się Provocative Changeworks od Terapii Prowokatywnej?

W przeszłości wiele razy wyjaśniałem kolegom różnice pomiędzy Terapią Prowokatywną oraz podejściem Provocative Change Works. Różni się ono w wielu aspektach od podejścia Franka Farrellyego opisanego szczegółowo w książce „Terapia Prowokatywna” z lat siedemdziesiątych.

Provocative Changeworks używa elementów “komunikacji prowokatywnej” oraz z narzędzi NLP i Hipnozy. Studiowałem u wielu mistrzów komunikacji wliczając Richarda Bandlera, który w mojej opinii wypracował swój styl pod wielkim wpływem Franka Farrelly’ego. W 2007 Richard, w rozmowie ze mną skomentował:

“What I respect about Frank is that he stuck to his guns. No matter how much they told him therapy should be boring or how much they told him he was over the edge, what he noticed is he made people better”

Richard Bandler

„Szanuje w Franku to, że trzyma się twardo swojego zdania i narzędzi. Nieważne jak wiele mówią mu, że terapia powinna być nudna czy jak często powtarzają, że przegina, jedyne na co zwraca uwagę, to że czyni ludzi lepszymi.”

Richard Bandler

Pomimo, że Frank nie opisuje tego co robi w Terapi Prowokatywnej jako “hipnozy”, wielu z klientów zgłasza pojawianie się „stanów transopodobnych”. To było z pewnością moim doświadczeniem gdy spotkałem go po raz pierwszy w 2004.

W Provocative Change Works połączyłem hipnotyczne wzorce Ericksonowskie z terapią prowokatywną i zaadoptowałem kilka różnych pozycji percepcyjnych do prowokowania zmiany u klientów. Uczę tego podejścia za pośrednictwem systemu Ikon Prowokatywnych mojego autorstwa. Ikony za pośrednictwem symboli do nauczenia elastycznego podejścia i generowana szerszego zakresu reakcji klientów.

Odkryłem, jaka kombinacja narzędzi wytwarza najszybsze, najkorzystniejsze i najbardziej trwałe rezultaty podczas pracy z klientami. To podejście używane przeze mnie w prywatnej praktyce zademonstrowałem na zestawie DVD, „Provocative Change Works w pracy z Fobią”.

W klasycznej Terapii Prowokatywnej terapeuta zaczyna sesję z sugestią „W czym problem?”. W provocative Change Works mogę użyć tego podejścia podczas sesji, ale nie zawsze na początku sesji. Oczywiście to zdecydowanie różni się od NLPowskiego „Czego chcesz?”

Przed sesją proszę klientów o sporządzenie zestawu notatek zanim się spotkamy i zaczynam sesję przez wprowadzenie “zestawu na tak”, by ukierunkować przebieg spotkania. Terapia Prowokatywna nie używa formalnie pracy z submodalnościmi odkrytej w NLP do zmiany stanu klienta. Tymczasem Provocative Changeworks używa tego zestawu narzędzi. Podczas prowokowania klienta, zwraca się uwagę na systemy reprezentacyjne w jego reakcjach .

Provocative Changeworks używa filozofii „Właśnie Tu i Teraz” którą Frank stosuje w Terapii Prowokatywnej. Wszystko co się wydarza podczas sesji jest o tym co się zdarza w dowolnej sytuacji. I to bez wielu tajemnych technik używanych przez niektórych praktyków NLP. Osiągałem doskonałe rezultaty pracując konwersacyjnie z klientami bez poświęcania wielkiej uwagi „formalnej indukcji i pracy w transie”, ale używając z nimi hipnozy.„Zmiana Tempa Głosu Wewnętrznego” jest jednym z głównych narzędzi Provocative Changeworks, doskonałym z radzeniem sobie z problemami dotyczącymi lęków. Spisałem to z pomocą i wsparciem Steve’a Andreasa i opublikowałem(oraz pod reakcją!) to ćwiczenie w jego newsletterze.

W zestawie dvd Provocative „Change Works w pracy z Fobiami“ przedstawiam komentarz audio podczas trwającej sesji uzdrawiania fobii. Opisuję jak przełączam się pomiędzy PT, NLP i pracą w transię, najczęściej tworzę łańcuchy stanów, by ułatwić klientowi zmianę . Jest wiele innych różnic pomiędzy podejściem PT i PCW, ale to Frank Farrelly, moje własne doświadczenie zawodowe i Milton Erickson są źródłami skuteczności Provocative Changeworks. Prowadzę szkolenia zarówno z Terapii Prowokatywnej (w klasycznym sensie) i mojego własnego podejścia „Provocative Changeworks”

lutego 23

Blog ChangeMasters powstał w celu przybliżenia Ci materiałów tworzonych przez trenerów związanych z firmą ChangeMasters. W przyszłości znajdziesz tutaj tłumaczenia artykułów Nicka Kempa, Andrew Austina, Douga O’Briana oraz innych związanych z nami trenerów.

Życzę miłej lektury i przydatnych wniosków.